karolina ponzo

Przeczytaj darmowy fragment!


- Buenas tardes, czy mogę wyrobić u państwa paszport pielgrzyma? -pytam szczupłego mężczyzny za ladą albergue. Jest już dość późno, słońce właśnie zachodzi, a ja muszę kupić i wypełnić tę papierową książeczkę w jednym ze schronisk, zanim ktokolwiek udzieli mi noclegu.

- Oczywiście! Proszę tylko wypełnić tutaj, tutaj… O, i jeszcze tutaj! –wskazuje kościstym palcem wykropkowane miejsca na cienkim kartonie.

Zza moich pleców pojawia się nagle jakiś chłopak. Pokazuje wypełniony już paszport, otrzymuje pieczątkę i idzie zająć łóżko w dormitorium.

- Och!.. – wykrzykuje głośno mężczyzna zza lady, gdy chłopak zdążył już zniknąć za zakrętem.

- Co się stało? - pytam, odrywając się na chwilę od wypełniania książeczki.

- Chyba właśnie oddałem temu pielgrzymowi nasze ostatnie wolne łóżko.

- Jest pan pewien?

- Tak.

 

Musi być po mnie widać stres i zakłopotanie, bo mężczyzna proponuje, iż wykonana w moim imieniu kilka telefonów.

Wszystko jednak na próżno: miejsca we wszystkich albergue okazują się zajęte.

 

- I co mogę teraz zrobić? – pytam zmartwiona. Nie przewidziałam takiego obrotu spraw. Jest wrzesień, skąd mogłam wiedzieć, że szlak nadal będzie cieszył się tak dużą popularnością.

- Niedaleko jest tani hotel…

- Jak tani?

- Około trzydziestu, czterdziestu euro – odpowiada mężczyzna i zaczyna tłumaczyć mi drogę. Nie słucham. Nie stać mnie na to. Już tutaj chciałam dotrzeć autostopem, lecz Eric przekonał mnie do podróży pociągiem. Jeśli teraz pozwolę sobie na tak drogi nocleg, nie mam co liczyć na ukończenie Camino.

Przełykam głośno ślinę.

- Tak, tak, dziękuję! Na pewno znajdę - wychodzę, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.

Zatrzymuję się dosłownie dwa kroki za wyjściem, z wielkim plecakiem na plecach i gapię się tępo na ulicę. Co dalej?

 

- Powodzenia! – to ten sam chłopak, który zabrał mi ostatnie łóżko. Wyszedł na zewnątrz i rozsiada się wygodnie na schodkach. Rzucam mu spojrzenie mówiące: „Że też masz czelność do mnie mówić, złodzieju łóżek!”, odwracam się na pięcie, z melodramatyzmem wypisanym na twarzy odchodzę.

 

Podążam za znakiem muszli wskazującym drogę wszystkim pielgrzymom. Czasem wytłoczonej w srebrnym kółku na chodniku, czasem wymalowanej jaskrawą żółcią na ścianie.

Jeśli nie mogę spać, to będę szła. Z takiego założenia wychodzę, praktyka okazuje się jednak być mniej przyjemna i oczywista.

 

Poza sobą nie napotykam na ulicach żadnego innego pielgrzyma. Ludzi wracających z pubów i owszem, ale kogokolwiek, kto wciąż by wędrował nie dostrzegam.

Jest już ciemno, a ja łażę z wielkim plecakiem po mieście. Wszystko o czym marzę to zwinięcie się w kłębek w ciepłym łóżku i zaśnięcie.

 

Krok za krokiem, krok za krokiem, krok za krokiem.

 

Chodnik się kończy. Stoję na jakiejś ubitej, piaszczystej drodze i zastanawiam się co dalej. Nie wygląda to jak dzicz, raczej jak peryferie. Dostrzegam trzy lampy, później już nic. Ciemność.

Jaki mam jednak wybór. Idę dalej.

Moje kroki odbijają się głuchym echem od twardej ziemi.

Jestem zmęczona, nie mam pewności dokąd idę, za jedyne światło służą mi gwiazdy. Za każdym drzewem, głazem i stogiem siana zdaje się czyhać morderca wypatrujący swym sokolim wzrokiem takich niewinnych dziewczątek jak ja. No, może nie takich niewinnych, ale na pewno w starciu z nim zupełnie bezbronnych.

Nie wiem co ze sobą zrobić. Boję się, noc staje się coraz bardziej chłodna, a końca trasy nie widać. Łzy lecą mi po twarzy ciurkiem. Po co tu w ogóle przyjechałam. Nie jestem odpowiednio przygotowana do takiej wyprawy. Do takiego wysiłku. Jestem umęczona, przerażona, smutna i rozczarowana. Szlakiem, brakiem miejsc w schronisku, Mylesem, samą sobą.

Znajduję kawałek względnie ubitej ziemi przy drodze. Być może ktoś przede mną rozbił tu namiot. Tyle, że ja nie mam namiotu. Nie mam też latarki czołowej, ani wielu innych rzeczy, które mogłyby się przydać, ale z braku doświadczenia i funduszy postanowiłam radzić sobie bez nich, zakładając, że jakoś to będzie.

Ale nie będzie. Teraz już to wiem. Jaka ja byłam głupia.

Zrzucam ciężki plecak na ziemię. Nie wiem nawet czemu jest ciężki, przecież nie mam w nim nic poza ubraniami, wodą i odrobiną jedzenia. Rozkładam na nim śpiwór, ściągam buty i ostrożnie wsuwam się do wnętrza śpiwora. Patrzę na gwiazdy nad sobą i próbuję się nimi cieszyć, lecz radość nie przychodzi. Zamiast niej nadciągają krople deszczu. Najpierw jedna, potem druga, trzecia, czwarta, zamieniając się wreszcie w dość silną mżawkę.

Nie mam dokąd uciec. Leżę pośrodku drogi donikąd, w szczerym polu, bez drzew, budynków, zadaszeń. Jest ciemno, a deszcz pada coraz mocniej. Przykrywam się szczelniej śpiworem, ochraniam twarz przed wodą z nieba, ale to wszystko na nic: i tak jest mokra. Płaczę tak długo, aż braknie mi sił i zasypiam. Na plecaku położonym na ziemi gdzieś przy drodze, w deszczu, w chłodzie.

Chciałabym żeby to moje El Camino się skończyło, choć jeszcze go na dobre nie zaczęłam.

 

 

 

 

Budzą mnie odgłosy ciężkich butów tuż przy mojej głowie. To pierwsi pielgrzymi wyruszyli na szlak na długo przed wschodem słońca. Migają mi po oczach ich latarki czołowe, świszczą przy uszach kijki trekkingowe.

Ignoruję kilkoro pierwszych piechurów, trudno mi jednak nie zauważać kolejnych.

Jeśli liczyłam na spokojny spacerek na łonie natury, to mocno się przeliczyłam. Początek trasy przypomina raczej pielgrzymkową autostradę. Nie ma co mieć nadziei na samotność.

 

Rozpinam śpiwór delikatnie. Nie chcę dotknąć jego powierzchni. Cały jest mokry. Trzęsę się z zimna, choć mam na sobie polar i długie spodnie. Przechodzący obok pielgrzymi przyglądają mi się uważnie, gdy zakładam buty.

Nie pasuję tutaj.

 

Choć trasę nadal spowijają ciemności, robi się na niej niemały tłok.

Wędruję cierpliwie, a wraz ze mną wędrują inni. Czasem ja mijam ich, czasem oni mijają mnie. Młodzi atleci, rodziny z dziećmi i psami, grupki starszych Francuzów. Jest tu chyba pełen przekrój społeczeństwa.

Nie tak to sobie wyobrażałam.

 

Idę przez kilka godzin. Po górach, bo to w końcu Pireneje, przez pola, przez wysuszone na wiór lasy. Pogoda zmieniła się diametralnie. Pocę się w krótkim rękawku.

Mija mnie grupka fit-babć z wypasionym ekwipunkiem. A zaraz za nimi pędzi z prędkością strusia pędziwiatra jakiś chłopak. Przechodzi obok mnie bez słowa, ale kilka metrów dalej staje znienacka, jakby coś sobie uświadomił, odwraca się i mówi głośno:

 

- Cześć!

 

Nie przypominam sobie, byśmy się poznali.

 

- To ja ukradłem wczoraj twoje łóżko! – uśmiecha się, bynajmniej nie speszony.

- Och, cześć – odpowiadam niechętnie.

- I jak? Znalazłaś coś na noc?

- Tak – kłamię, choć nadal czuję wilgoć w moich butach.

- To świetnie! Chcesz pochodzić trochę wspólnie?

 

Chodzenie z kimś do tej pory kojarzyło mi się wyłącznie z mniej lub bardziej nieśmiałymi próbami podrywu w podstawówce. Jak widać na El Camino też można z kimś chodzić, nawet jeśli kontekst jest zdecydowanie mniej romantyczny.

 

Adam opowiada mi o sobie, a ja muszę bardzo mocno się skupić, by cokolwiek z tego zrozumieć. Pochodzi z Australii, jednak choć z jego rodakami miałam wcześniej styczność, nie przypominam sobie, by którykolwiek z nich miał akcent aż tak dla mnie niezrozumiały. Wprawiam się na szczęście z każdą minutą.

 

Nowo poznany Australijczyk ma atletyczną sylwetkę, szeroką szczękę, gęste, ciemne włosy, brązowe, migdałowe oczy piękne jak u krowy i śnieżnobiałe zęby.

 

- …bla bla bla bla bla …bla bla bla bla bla?

- Eeeeee… Przepraszam, nie mogę się skupić, oślepłam od twoich zębów.

- Słucham?

- Czy wszyscy Englishspeakerzy mają takie białe uśmiechy, czy to ja mam szczęście takich spotykać, by wpędzali mnie w kompleksy?

 

Adam wybucha śmiechem.

 

- Osobiście sądzę, że masz całkiem ładne zęby, Karolino.

- Nie o to pytałam – odpowiadam, a on znowu wybucha śmiechem.

 

Australijczyk też rzuca żartami, jednak nie jestem w stanie zrozumieć połowy. Uśmiecham się więc w wyuczony sposób komunikujący: „To całkiem zabawne, co mówisz, ale jednocześnie jestem odrobinę sceptycznie nastawiona do twojego poczucia humoru, uśmiechnę się więc półgębkiem i delikatnie pokręcę głową, a może nie skapniesz się, że nie mam pojęcia, o czym ty do mnie w ogóle gadasz”.

 

Wędrujemy wspólnie, choć Adam wytycza zabójcze tempo. Odpadłabym za drugim zakrętem, ale tak się cieszę, iż mogę z kimś po ludzku pogadać, nawet jeśli rozumiem tylko połowę, że nie mogę tak po prostu odpuścić.

 

Dochodzimy wreszcie do miasteczka, które było naszym celem na ten dzień. Dwadzieścia osiem kilometrów. Jak dla mnie idealnie, nie chcę już iść ani kawałek dalej.

 

- Przykro mi, mamy tylko jedno łóżko wolne – oznajmia niziutka właścicielka albergue.

- Co? To niemożliwe! – wykrzykuję zasapana. Rozpacz w moim głosie musiałaby być słyszalna nawet dla głuchego.

- Przykro mi bardzo, nic nie mogę zrobić.

- Nie możemy spać oboje w tym jednym łóżku? – rzucam desperacko i widzę kątem oka, że Adam się śmieje.

- Nie śmiej się! Mam piżamkę!

 

Próbujemy przekonać właścicielkę, że przecież musi być jakieś rozwiązanie. Inne albergue, otwarty kościół, łóżko polowe.

Nie, nie i nie.

Kobieta wykonuje kilka telefonów. Najbliższe wolne miejsca znajdują się w miejscowości oddalonej o jedenaście kilometrów. Mogą zarezerwować nam łóżka.

Patrzymy na siebie poważnie z Adamem. Być może doszedł on do wniosku, że myślimy dokładnie o tym samym, bo głośno oznajmił: „Proszę to zrobić”.

Podczas gdy tak naprawdę wszystko, o czym myślałam ja to: „A nie jeżdżą tam jakieś busy?”

 

 

 

 

Po trzech kilometrach zaczynają boleć mnie plecy, po pięciu kolano, po dziewięciu to już nawet cebulki włosów.

Nie nadaję się do pieszych wędrówek.

Góra, dół, góra, dół, góra dół.

Po górkach, pagórkach, po piachu, po skałach, po kamieniach, po lasach.

Góra, dół, góra, dół, góra, dół.

 

- Wiesz, szedłem początkowo z taką jedną Szwedką, ale ona to dopiero miała tempo! Nie dawałem rady! – oznajmia Adam, a ja jestem w stanie wykrzesać z siebie siły tylko na zmarszczenie nosa, pełna pogardy dla owej Szwedki. Normalni ludzie tak nie funkcjonują. Normalni ludzie oglądają głupie programy telewizyjne, jedzą pizzę, popijają redbullem i tylko gadają o tych wszystkich rzeczach, które by zrobili, a których nigdy nie zrobią. Tak właśnie funkcjonują normalni ludzie. Do niedawna też byłam normalna. Co ja sobie, kurde, zrobiłam.    

 

Właścicielka kolejnego albergue już na nas czeka.

Nie mam siły na pogaduszki. Doczłapuję się pod prysznic, a kilka minut później, w łóżku zdecydowanie za małym dla dziewczyny mającej metr siedemdziesiąt siedem wzrostu, zasypiam.

 

Budzi mnie Adam, pełen entuzjazmu, gotowy do kolejnego dnia wędrówki.

Żałuję w tym momencie, że zrezygnował ze Szwedki.

 

Kolejny dzień marszu jest jeszcze większą mordęgą. Operowane kilka lat temu kolano daje o sobie znać znacznie szybciej niż wczoraj. Australijczyk nadal utrzymuje swoje mordercze tempo, a ja jestem zbyt głupia by przyznać się przed nim oraz sama przed sobą, że to dla mnie za dużo, za szybko, za intensywnie.

Idziemy tak jeszcze przez dwa kolejne dni.

Kiedy ból staje się nie do wytrzymania, oznajmiam Adamowi, że spotkamy się w umówionym miejscu. Potrzebuję przerwy. Dużo dłuższej przerwy niż potrzebowałby on.

 

- Jesteś pewna?

- Tak, tak! Idź, spotkamy się za dziesięć kilometrów!

 

Znika więc równie szybko jak się pojawił. Wracam do własnego rytmu wędrówki i próbuję cieszyć się drogą, ale nie trwa to długo. Przechodzę może ze dwa kilometry, kiedy słyszę głośny trzask, z moim ust dobywa się okrzyk bólu, a kolano staje się podejrzanie luźne.

 

Mam przechlapane.

 

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów